Bez jednego strzału - wojenne wspomnienia Józefa Zarytkiewicza

  • 01.09.2019, 10:04 (aktualizacja 01.09.2019, 11:30)
  • Tomasz Ratuszniak
Bez jednego strzału - wojenne wspomnienia Józefa Zarytkiewicza Józef Zarytkiewicz na jednej z ulic Dębicy.
Kiedy 1 września 1939 roku niemiecki pancernik Schleswig-Holstein zaatakował Westerplatte, Polska nie była przygotowana do wojny. Sześć dni po jej wybuchu Józef Zarytkiewicz, świeżo upieczony rezerwista, wyruszył z Dębicy, by wstąpić do rzeszowskiej jednostki. Szukał jej dwa tygodnie, w kampanii wrześniowej nie oddał nawet jednego strzału. W 80. rocznicę wybuchu II wojny światowej publikujemy jego wspomnienia.

Wraz z wybuchem wojny zaczęto ogłaszać w radiu apele, by formować oddziały i udawać się na wschód. To wynikało z tego, że Polska nie zdążyła się przygotować do wojny, nie było pełnej mobilizacji. Apelowano także, by ludność cywilna nie ruszała się nigdzie, niestety ludzie uciekali, utrudniając poruszanie wojsku.
Ja – Józef Zarytkiewicz, mój szwagier Jan Stanczykiewicz, kuzyn mgr Stanisław Gierulski, Ludwik Porębski ze swoimi braćmi i Wacław Szkoula, ruszyliśmy dnia szóstego września. W tym czasie Niemcy byli już w Pilźnie. Kierowaliśmy się na Rzeszów. Odbywaliśmy drogę skrótami, ponieważ szosa była zupełnie zatarasowana. Panował popłoch, na drogach mnóstwo ludzi ze swoim dorobkiem uciekało na wschód. Staraliśmy się bocznymi drogami dotrzeć do Rzeszowa. Gdy już dochodziliśmy, kilka pocisków spadło przed Rzeszowem. Szliśmy całą noc. Nie wierzyłem, że można iść i spać. Księżyc wtedy pięknie świecił…
Doszliśmy zakurzeni, więc w Wisłoku umyliśmy się. Za chwilę przeleciały samoloty, jednak tym razem nie zrzucały bomb, ale ulotki, żeby uciekać z miasta, bo będzie bombardowanie. Tak, więc udaliśmy się do Przemyśla. Dziesięć kilometrów przed miastem zatrzymaliśmy łazik prowadzony przez kaprala, ten wziął nas ze sobą.
A na miejscu pełno oficerów, pułkowników, majorów, generał także był, gdyż tutaj miała być zorganizowana obrona. By usprawiedliwić kaprala, na którego krzyczano za brak ostrożności, dowódcy sądzili, że mogliśmy ukatrupić kaprala i uciec łazikiem, więc niesamowicie na niego krzyczeli. By go bronić pokazaliśmy dokumenty, powiedzieliśmy, że idziemy na rozkaz i poprosiliśmy o wcielenie do oddziałów. Oni na to:
- Teraz nie ma czasu was umundurować. Idźcie dalej, do Lwowa, tam na pewno was przyjmą.
Ta pogoda była wymarzona dla Hitlera. Susza od dwóch miesięcy, liście prawie przeźroczyste. Nieopodal płynął San, który tego roku wyglądał jak maleńka rzeczka.
Idąc z jej biegiem zobaczyliśmy mężczyznę pławiącego się w wodzie. To był ks. major Pinda, znałem go jeszcze ze służby czynnej i ćwiczeń. Był kapelanem krakowskiej dywizji piechoty. Nieopodal mieszkała jego matka i tam zaprosił nas na poczęstunek. Później pasowało się przespać, więc położyliśmy się na słomie w pobliskiej stodole, oczywiście za zgodą gospodarza. Po kilku minutach snu zbudził nas krzyk:
-Powstań! Ręce do góry!
Byliśmy zupełnie zdezorientowani, ponieważ żołnierze byli w mundurach polskich, komendę wydali w języku polskim, a do tego dowodzący nimi oficer miał mundur lekarza. Ten nakazał nas przeszukać. Myśleli, że jesteśmy szpiegami niemieckimi. Gdy zobaczyli dokumenty, roześmiali się i przeprosili nas. Szwagier mówi:
- My jesteśmy głodni. My powinniśmy pochwałę dostać.
A oficer na to:
- To na razie, jak chcecie odpocząć, chodźcie do naszych koszar.
Żołnierzom powiedział, żeby nas zaprowadzili do koszar oddalonych o trzy kilometry. Koszary były piękne, duże, cieżka artyleria, ale nie było wozów, broni, umundurowania. Dowodzący major wychodził z siebie, bo mobilizacja nie szła. Mówił:
- Jak tak dalej będzie, to wojna się skończy, a my nie wyruszymy.
Samoloty ciągle krążyły, ale Niemcy nie chcieli zniszczyć koszar. Oni nie niszczyli tak bezmyślnie, takie koszary mogły im się przydać.
Trzeciego dnia około północy alarm:
- Wszyscy wyjeżdżać! Niemcy blisko!
Wszyscy uciekali. My z nimi. Była noc. Ciemno. Ogromny chaos i gmatwanina, więc odłączyliśmy się i już sami poszliśmy w stronę Lwowa. Tuż pod Lwowem spotkałem kolegę gimnazjalnego – Dębicki się nazywał. Razem z nim zdawałem maturę w 1936 roku. Mówię:
- Chodź z nami, trzeba się dostać do Tarnopola.
On miał ruszyć za dzień, dwa, gdyż pragnął się jeszcze spotkać z rodziną we Lwowie.
Szło nas czterech: ja, Jan Stanczykiewicz, Wacław Szkoula i Stanisław Gierulski. Lwów palił się, bombardowany był dworzec. Pojechaliśmy ostatnim pociągiem. Gdy wjeżdżaliśmy na stację, syreny zaczęły ogłaszać alarm. Służba ochrony przeciwlotniczej wskazywała gdzie znajdują się schrony. Jednak my z nich nie korzystaliśmy, lecz tylko z rowów (kopanych w zygzaki). Bombardowania wtedy nie było.
Następnie pociągiem dostaliśmy się do Tarnopola. Udaliśmy się do miasta poszukać jakiegoś miejsca na nocleg. Znaleźliśmy puste pomieszczenie w szkole podstawowej za miastem. Za wiedzą stróża ulokowaliśmy się w jednej z klas i spokojnie przespaliśmy do rana.
Gdy się obudziłem, zauważyłem na ścianie szereg wiszących map. Okazało się że pobliska rzeka Seret płynie do Rumunii. Stróż poinformował nas, że niedaleko jest przystań wioślarska, więc poszliśmy ją zobaczyć. Piękny ten Seret, zarośnięty roślinnością i mnóstwo w nim ryb. Gdy nas właściciel Żyd zobaczył, podbiegł do nas krzycząc:
- Teraz przystań nieczynna! Teraz wojna!
Odeszliśmy. Uszliśmy ze dwieście metrów w stronę miasta i spotkaliśmy pięciu czy sześciu z żandarmerii wojskowej, na czele ze starszym sierżantem. Okazało się, że ich dowódca chodził do szkoły z moim szwagrem. Szwagier opowiedział o planie przepłynięcia Seretem do Rumunii, a żandarmeria zarekwirowała dla nas łódź. Niestety po przepłynięciu dwukilometrowego odcinka dotarliśmy w pobliże mostu. Mimo naszego wylegitymowania się, wartownicy nie przepuścili nas dalej. Tyle było naszej radości, zostawiliśmy łódź i poszliśmy do szosy. Natrafiliśmy na miejscowość Czortków. Zgłosiliśmy się do komendy wojskowej, by powiedzieć, że maszerujemy na rozkaz jako wojskowi niezmobilizowani i z pytaniem, co mamy robić dalej. Do Zaleszczyk było około osiemnastu kilometrów. Zostaliśmy zarejestrowani i wyznaczono nam kwaterę we wsi Cygany w odległości około 10 kilometrów od Czortkowa, a sześciu od granicy rosyjskiej. Tam zostaliśmy zaprowadzeni przez przewodnika.
Stanczykiewicz i ja byliśmy w jednej kwaterze, a Szkoula z Gierulskim w następnej. Gospodynie domu, w którym ja mieszkałem była Polką, jej mąż Ukraińcem. Ona ostrzegała nas, że w tych stronach Ukraińcy odgrażają się Polakom i powiedziała przed nocą, żeby się mieć na baczności.
Następnej nocy, czyli 17 września wojska sowieckie przekroczyły granice Polski. Zerwaliśmy się. Zewsząd słychać było huki i warkot motorów. Była czwarta nad ranem. Od strony granicy sowieckiej, całą szerokością kilkudziesięciu kilometrów nadciągali ku nam Sowieci. Pojazdy kawaleryjskie dotarły do wsi pierwsze. My ze szwagrem zdecydowaliśmy, żeby uciekać z powrotem. Wybiegliśmy poza wieś, od lasu dzieliło nas około pół kilometra. Myśleliśmy, że jeśli tam dotrzemy, to już się uda. Jednak ze wsi wypadł podjazd kilkudziesięciu konny, z oficerem na czele. Oficer zatrzymał wszystkich na szosie, a trzem kazał dopędzić nas i doprowadzić do siebie. Szwagier się zorientował, że trzeba wyrzucić pistolet i przysypać ziemią, jak również wyrzucił książeczkę wojskową, bo był oficerem rezerwy.
Doprowadzeni do rosyjskiego oficera, zostaliśmy przez niego zapytani, dlaczego uciekaliśmy. Szwagier znał język rosyjski i powiedział, że myśleliśmy, że Niemcy dotarli tu tak szybko, ażeby odciąć drogę wojskom polskim zdążającym ku Rumunii. Oficer wyciągnął papierośnicę, poczęstował nas papierosami i powiedział:
- My idziemy wam z pomocą i nie damy, żeby Germaniec gnębił naród polski również słowiański. Temu wszystkiemu jest winien Beck i Gestapo. Myśmy przewidywali, że Niemcy się kiedyś rzucą na Polskę i żądaliśmy, aby Polska odstąpiła pas ziemi na południu, ażeby iść wam z pomocą. Ale wasz rząd na to nie poszedł.
- No to co teraz mamy robić? – pyta szwagier.
- Teraz wracajcie na kwatery, zatrzymajcie się dzień, dwa, a później będziecie mogli wracać do domu. Bo teraz mogą wybuchnąć zamieszki.
Każdy się cieszył na powrót. Niestety na drugi dzień przyjechały oddziały specjalne, otoczyły wieś i wszystkich obcych wyprowadzili w stronę granicy, do lasu. Gdyśmy tam zaszli, było już około dwóch tysięcy ludzi. Naszych, którzy chcieli się dostać do Rumunii. I ciągle przyprowadzali nowych. Masę było wartowników, tak, że nie sposób się było stamtąd wydostać. Gdy nastał wieczór uformowano nas piątkami w oddziały po setce. Nastąpił wymarsz w stronę Zbrucza oddalonego o pięć kilometrów. Za dwa kilometry było miasteczko Skałat, tam olbrzymi plac. Mnóstwo słupów, megafonów, ich godeł państwowych i portrety przywódców tego komunizmu: Marksa, Engelsa, Lenina i Stalina. Te portrety były ogromne. Było tam kilka trybun. Gdy doszliśmy do pierwszej, wszedł na nią politruk (byli na czarno ubrani, buty z cholewami) i zaczął przemawiać o komunizmie, jak to będzie dobrze – propaganda komunistyczna. Potem w obozie też nam takie wykłady robili. Na tym placu musiało nas być około pięciu tysięcy. Obok mnie stał chłopak wpatrzony w tego politruka z otwartymi ustami. Ten zobaczył go, zszedł z trybuny, położył mu rękę na ramieniu pytając:
- Towarzysz, czy obywatel?
- Wszystko równo – mówi chłopak.
- Chodziliście do kościoła?
- Chodziłem.
- A mówił ksiądz o komunistach?
- Mówił.
- A mówił, że komuniści to są diabły z rogami?
- Mówił.
- No to popatrz, mam ja rogi?
- No nie.
- No to was ksiądz cyganił.
Ta rozmowa utkwiła mi w pamięci.
W tym miasteczku formowali stu – dwustu oddziały i pod eskortą prowadzili do Trębowli, oddalonej około dwudziestu kilometrów. A w Trębowli było już wielu takich jak my – jeńców, których ładowano na podstawione składy wagonów bydlęcych. Do każdego wagonu musiało się zmieścić sześćdziesiąt osób. Nie było żadnej ściółki, żadnych ławek, okna zakratowane drutem kolczastym. Drzwi zadrutowane. Co trzeci wagon znajdowała się budka z wartownikiem, razem około dziesięciu wartowników przy takim składzie.
W pociągu tym jechaliśmy przez jedenaście dni. Dlatego tak długo, ponieważ mieliśmy częste przestoje parogodzinne, całodobowe, by zrobić miejsce ich transportom w przeciwnym kierunku, w stronę Polski. Otrzymaliśmy po kubku blaszanym z konserwy i po łyżce. Kubek służył na wodę, względnie herbatę, każdy otrzymywał w gazecie parę deko herbaty. Dostawaliśmy tylko twarde suchary, deko cukru dziennie i wrzątek, który donosiło się z parowozu. Szóstego dnia dojechaliśmy do Kijowa.
Miało się już ku wieczorowi, ale słońce jeszcze oświetlało miasto i podziwialiśmy jego piękną panoramę. Miasto położone jest na sześciu, czy siedmiu wzgórzach. Widać strzeliste wieże kościołów, bardzo dużo wieży i pięknych budowli. Oni nam chcieli zaimponować, więc po pięć wagonów brali i prowadzili do nieopodal leżących koszar. Okazały się pięknymi i nowoczesnymi. Tam przy każdym stole usadowili po dwanaście osób, obsługa donosiła w wazach wspaniały bigos z mięsem. Pewnie, że człowiek był wygłodzony, ale bigos był pierwszorzędny i można było zjeść chleba ile się chciało i jeszcze do kieszeni nie bronili schować. To były chwyty propagandowe. W Kijowie na stacji staliśmy całą noc, ponieważ były dwa składy pociągów, a wszystkie wagony w ten sposób poczęstowano. Dojechaliśmy do miejscowości Czotkin, a miała to już być kurska gubernia. Pociąg zatrzymał się, musieliśmy wysiadać, a na drugi dzień musieliśmy już jechać wąskotorową ciuchcią. Była to już późna noc, a ciuchcia miała przyjechać rano.
Wpuścili nas (oczywiście wszyscy się nie zmieścili) do żydowskiej bożnicy przerobionej na banię (łaźnię parową). Tam zmieniając się dla ogrzania dotrwaliśmy do rana. Rano powsiadaliśmy w małe odkryte wagoniki i pojechaliśmy w kierunku północnym. Jazda nie trwała długo, około trzy godziny.
Po pierwszej godzinie zobaczyliśmy po lewej stronie na wzniesieniu obóz. Stało tam kilkanaście drewnianych baraków. Cały obóz był drutami kolczastymi. W narożnikach, na platformach wartowali strażnicy z bronią maszynową. Tyle zdążyliśmy zauważyć. Po dalszej, około półgodzinnej jeździe, w takiej samej odległości od torów, na takiej samej wysokości zobaczyliśmy drugi obóz – identycznie usytuowany jak pierwszy. Jadąc dalej następne pół godziny zatrzymaliśmy się przed trzecim obozem. Okazał się niezamieszkałym. Wprowadzono nas na teren obozu, tam była już sowiecka komenda czekająca na nas. Było dwadzieścia baraków drewnianych, w każdym umieszczono dwustu ludzi. Z tym, że jeden był już zajęty przez oficerów polskich wziętych do niewoli. Jeden barak był dla komendantury i lekarza, a jeden dla kucharzy, prowiantu itp. Baraki były bardzo stare, zniszczone. Mogły pochodzić jeszcze z czasów sowieckiej rewolucji. W barakach były prycze, na każdej miało się zmieścić pięć osób. Jedzenie było lepsze niż w pociągu, bo dwa razy dnia dostawało się puszkę po konserwie z zupą z soi gotowanej. Raz w tygodniu kubek kapusty gotowanej z jakimś płynem, co miało przeciwdziałać szkorbutowi. Początkowo półtorakilogramowy chleb na piętnastu, a później na dwudziestu. Co parę dni dostawało się trzy, cztery kostki cukru i odrobinę tytoniu zawiniętego w papier. Robić nic nie kazano. A co było do wykonania  np. latryny, przywożenie ziemniaków, czy jakiekolwiek roboty, to wykonywała policja granatowa. Było ich około stu.
Któregoś dnia poszedłem do baraku oficerów. Widziałem się z majorem Walerianem Orłowskim, dowódcą RKU w Dębicy. Opowiadał mi, że zgubił się z żoną, bardzo martwił się o rodzinę, o synów. W budynku oficerskim byli jeszcze inni znajomi z Dębicy: Tułecki – policjant miejski, por Hitel, pułkownik Stefanowski, jak się później dowiedziałem, podobno, miał on być osobistym lekarzem marszałka Józefa Piłsudskiego. Był jeszcze profesor Spytkowski w randze porucznika (uczył mnie w gimnazjum).
Po około dwóch tygodniach naszego pobytu w obozie, jednej nocy wpadł do naszego baraku major Orłowski. Zbudził mojego szwagra i mnie oznajmiając, że tej nocy wywożą ich z obozu. Powiedział, że posiada zegarek – złotą Omegę. Zagrzebał ją w piasku tuż przy schodach, na prawo od drzwi wyjściowych. Prosił, aby postarać się zegarek odszukać i jeżeli znajdziemy, a wydostaniemy się stąd, wręczyć jego żonie. Przyrzekliśmy mu to zrobić, żegnając się z nim serdecznie. Rzeczywiście tej nocy wszyscy oficerowie zostali wywiezieni. Niestety, mimo bardzo szczegółowego szukania zegarka nie znaleźliśmy. Zaistniały dwie możliwości: albo major w ostatniej chwili zdecydował się zegarek wziąć ze sobą, bądź też ktoś go podpatrzył i zabrał.
Policję jeszcze na jakiś czas zostawiono, gdyż posługiwali się nie do wszelkich robót, które miały być wykonane. Wobec wszystkich internowanych obchodzili się, trzeba przyznać, poprawnie. Bez żadnych szykan. Zimno zaczęło dokuczać coraz bardziej. Uprosiliśmy dowództwo by zezwoliło ścinać na przyległych terenach torfowych dziką trzcinę. Z niej zszywaliśmy otrzymanym łykiem maty grubości pięciu centymetrów, wielkością pasujące do naszych prycz. Jedną matą przykrywaliśmy się, a na drugiej spaliśmy. Mchem uszczelniliśmy szpary w ścianach (za co otrzymaliśmy pochwałę. Nagroda jednak nie były obiecane koce, lecz kino objazdowe). Po dwóch tygodniach zostali wywiezieni policjanci. Odbyło się to również nocą. Do robót, jakie oni przedtem wykonywali, nie zmuszali nikogo w formie rozkazu, tylko proponowali: Kto chce iść na ochotnika? Zawsze zgłaszało się więcej niż trzeba było, ponieważ bezczynność zaczynała wszystkim dokuczać.
W połowie października dowództwo obozu z przyjezdną starszyzną zwołało ogólne zebranie wszystkich internowanych. Oświadczyli, że pochodzący z terenów zajętych przez Niemców, będą mieć możność powrotu do swoich miejsc zamieszkania i odwrotnie. Internowani przez Niemców mieli być wypuszczeni do swojej ojczyzny, czyli do Związku Radzieckiego. Taka nastąpiła ugoda między tymi sojusznikami. Zaznaczyli jednak, że kto będzie chciał pozostać, ten otrzyma pracę w swoim zawodzie. Jednak tylko kilkanaście osób zdecydowało się pozostać. Tych, którzy zdecydowali się na wyjazd po kilku dniach zawieźli wiadomą kolejką do Czotkina ( z Bołotka, na terenie, którego był obóz). Wyjazd nastąpił wcześnie rano, przed śniadaniem. Po przyjeździe okazało się, że bania jest zajęta kąpielą jakiegoś wcześniejszego oddziału. Za godzinę była wolna. Bania ta okazała się dla nas dobrodziejstwem. Żałowaliśmy, że wcześniej nam takiej kąpieli nie udostępniono. Bożnica była duża i jej pojemność była wielka. W jednym roku wybudowano z kamieni palenisko wysokości około metra i dwudziestu centymetrów. Nad paleniskiem wznosił się szeroki, blaszany okap, który miał nie dopuszczać dymu ze spalających się na palenisku dużych płuż drzewa. Wcześniej na drzewie złożonych było kilka olbrzymich kamieni, które rozgrzewały się do czerwoności. Dym uchodził do otworów w powale, ale ciepło rozchodziło się też na olbrzymią halę bożnicy. Pod ścianami stało kilkadziesiąt drewnianych konewek z wodą i wielka ilość rózeczek z wikliny. Gdy już kamienie uzyskiwały odpowiednią temperaturę, obsługujący zasuwał wylot kominowy i polewał kamienie gorącą wodą. Tworzyły się ogromne masy pary wodnej, która momentalnie osadzała się na ciele. Równocześnie kąpiący się, względnie jego kolega, uderzał ciało rózeczkami wiklinowymi. To powodowało, że skóra reagowała, napęczniała i wypychała brud z porów. Później polewano się wodą z konewek by opłukać ciało. Gdyśmy wyszli już ubrani na pole każdy poczuł szalony głód i osłabienie. Cieszyliśmy się z kąpieli, jednak nie trwało to długo bo dowódca kazał nam załadować do wagonów olbrzymią stertę desek. Oczywiście na nic nie zdało się nasze sprzeciwianie i mimo ogromnego osłabienia, musieliśmy wykonać tę pracę. Do obozu wróciliśmy ciuchcią na godzinę osiemnastą. Okazało się, że kolacji nie dostaniemy, więc musieliśmy się położyć o głodzie, nie mając nic w ustach od dwudziestu czterech godzin.
Pod koniec października wywieziono nas, aby przekazać Niemcom. Tym razem zamknięci w wagonach bydlęcych byliśmy dziewięć dni. W granice dawnej Polski wjechaliśmy przez miejscowość Sarny. Dojechaliśmy do Wisły w pobliżu Dęblina. Most kolejowy był zniszczony, a w zamian wybudowano most pontonowy. Tutaj przekazano nas Niemcom. Było już prawie zupełnie ciemno, gdy pod silna eskortą doprowadzono nas do czekającego już pociągu. Niebawem ruszyliśmy w drogę. Po północy dotarliśmy do Radomia. Przeprowadzono nas przez miasto do olbrzymich koszar. Te były już częściowo zajęte, wydzielono dla nas jedno skrzydło. Szansy ucieczki nie było żadnej. Rano Niemcy zrobili ostrą pobudkę. Wielu niezbyt gorliwie zrywających się dostało cięgi szpicrutą lub kopniaka. Wszystkich wypędzono na dziedziniec. Jeść nic nie dano, tylko przyjechały dwie kuchnie polowe z Czerwonego Krzyża, z której dostaliśmy gorącej kawy i po kawałku chleba. Moim towarzyszom udało się wydostać. Stanczykiewicz ze Szkoulą otrzymali od Niemców zwolnienie (Bezugschein), natomiast Kwiatkowski z Gierulskim sprytnie uciekli, wykorzystując słaby nadzór na końcu koszar. Ja nadal byłem w obozie.
Któregoś dnia na dziedzińcu utworzono dwustuosobowe oddziały, na każdych dwóch wydano prowiant na drogę: chleb i kostkę miodu sztucznego. Następnie przyszedł silny oddział wojska z karabinami na przedramieniu i padł rozkaz: Kierunek brama wyjściowa marsz! Mój oddział był chyba trzecim z kolei, gdy przechodziłem przez bramę, jeden z wartowników zaśmiał się i krzyknął: Pojedziecie popracować do naszego hejmatu! Nie było to dla nas zaskoczeniem, bo każdy tak sobie wcześniej pomyślał. Był to dzień targowy, na ulicach wielu gapiów. Eskorta spychała ich na skraj chodnika. Zaobserwowaliśmy wraz z moim kolegą kilka nieudanych prób ucieczek. Mój towarzysz radził mi uciekać, on niestety był umundurowany, więc nie miał szans. Przyrzekłem sobie, że ucieknę, bez względu na to co się stanie. Największą trudność sprawiało mi zadecydowanie, w którym miejscu opuścić szeregi. Niestety było coraz trudniej bo wyszliśmy na główną drogę w Radomiu, prostą i szeroką, a w odległości około sześciuset metrów widać już było stację kolejową. Towarzysz mój powiedział do mnie: - W dużej mierze straciłeś już szansę. I wreszcie zdecydowałem się. Z prawej strony była parcela szeroka na trzydzieści metrów, za nią druga ogrodzona, a następnie kamienica. Wyskoczyłem w tym miejscu gdzie kończyła się nie ogrodzona parcela. Sierżant towarzysz szepnął za mną: - Nie oglądaj się. Przeszedłem przez chodnik, aby być jak najbliżej płotu, jego długość wydawała mi się nieskończoną. Jeszcze nigdy czas mi się tak nie dłużył. W drzwiach kamienicy stała kobieta. Postanowiłem tam wejść, musiałem jednak ją popchnąć, bo ona zagrodziła mi drogę. Wbiegłem do sieni na wprost. Otwarte były drugie drzwi, więc pobiegłem tam. Później przeskoczyłem jeden i drugi płot, aż znalazłem się na posesji, która była w trakcie rozbiórki. Tam robotnicy oczyszczali cegły z zaprawy, ażeby użyć ich ponownie do budowy. Zrzuciłem, więc płaszcz, podkasałem rękawy i zacząłem robić to samo. Gdy ucichł tupot nów postanowiłem wrócić do napotkanej w drzwiach kobiety. Ona nie chciała mnie wpuścić, ponieważ za pomoc jeńcom groziła wysoka kara. Ta pani dała mi biały szalik, kapelusz hikiel i dała mi skarpetki bo nie miałem. Skierowała mnie do biura Czerwonego Krzyża, gdzie prezesem był bardzo solidny i inteligentny pan. On pouczył mnie jak się zachować i skierował na obiad. Od razu poznał, że uciekłem z transportu. Powiedział którędy iść do Sandomierza (tam mieszkał mój stryj) i życzył tak, jak ojciec życzy synowi. To był starszy pan. Pobłogosławił mi, ja pocałowałem go w rękę, podziękowałem za obiad i ruszyłem w drogę.
Dotarłem do Skaryszewa wieczorem i postanowiłem tu przenocować. Schroniłem się w ubogiej chacie, daleko od szosy. Dostałem barszczu z ziemniakami i wiązkę słomy na siennik. Rano poszedłem dalej. W drodze spotkałem leśnika, wskazał mi on skrót, który jednak prowadził przez miejsce niedawnej bitwy. Nie był to widok przyjemny, jednak skorzystałem z tej drogi, bo była dużo krótsza. Gdy wyszedłem z lasu widziałem już Ostrowiec Świętokrzyski. Ominąłem miasto i polami kierowałem się do Opatowa. Doszedłem do Opatowa jeszcze przed wieczorem. Na plebani dostałem kromki i mleko, następnie udałem się na koniec wsi aby przenocować. Tam przeżyłem chwile grozy, gdy okazało się, że ktoś okradł nocujących w pobliżu handlarzy. Oni zaś zapowiedzieli, że jeśli towar się nie odnajdzie do dwóch godzin to zawiadomią Niemców. Musiałem uciekać by nie natknąć się na nich. Przecież nie miałem dokumentów. Tak więc poszedłem w stronę Sandomierza. Na moje szczęście była to niedziela, a z kościoła wracali ludzie, bo wraz z nimi udało mi się przejść przez pontonowy most, którego pilnowali Niemcy. Stamtąd do stryja miałem jakieś cztery kilometry i tam się zatrzymałem. Pozostałem u stryja jeszcze dwa tygodnie, po czym przysłano mi z Dębicy dowód i wróciłem do rodziców. Szóstego grudnia wróciłem do domu.
 

Józef Zarytkiewicz

Tomasz Ratuszniak

Podziel się:

Oceń:


Komentarze (0)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.

Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu www.debica24.eu. Agencja Wydawnicza Agard z siedzibą w 39-200 Dębica, ul. Żeromskiego 10 jest administratorem twoich danych osobowych dla celów związanych z korzystaniem z serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania.

Pozostałe