W Dębicy też stały koksiaki, a w pobliżu budował się kościół

  • 13.12.2019, 09:48 (aktualizacja 13.12.2019, 13:53)
  • Janusz Grajcar
W Dębicy też stały koksiaki, a w pobliżu budował się kościół fot. archiwum parafialne Budowa kościoła Miłosierdzia Bożego rozpoczęła się w stanie wojennym.
Żołnierze i czołgi na ulicach u starszych budziły strach, dla dzieci były atrakcją. Choć mieszkańcy miasta z niepokojem patrzyli w przyszłość, starali się wieść w miarę normalne życie. Ks. Stanisław Fiołek z pomocą wiernych rozpoczynał budowę kościoła Miłosierdzia Bożego, Maria Aktyl wydawała córkę za mąż, a Jan Michalak co tydzień dojeżdżał do pracy spod Krosna do Dębicy, która przeżywała wtedy boom inwestycyjny.

Ks. Józef Dobosz wyszedł w niedzielny poranek 13 grudnia 1981 r. z plebani w Tarnowie, by przejść do katedry na pierwszą mszę św. Zauważył, że po ulicach porusza się więcej niż zwykle patroli milicji obywatelskiej. Zaniepokoiło go to do tego stopnia, że nie doszedł do kościoła. Wrócił na plebanię, by zapytać, co się dzieje. Dowiedział się, że generał Wojciech Jaruzelski o godz. 6:00 ogłosił stan wojenny.
 

Tę mszę bardzo przeżył

- To był dla mnie szok. Tę pierwszą mszę, która zaczynała się jeszcze o zmroku, przeżyłem bardzo emocjonalnie - wspomina.

Atmosfera była napięta. Nikt nie wiedział, czego można się spodziewać. Każdy obawiał się najgorszego. W tym czasie w Dębicy ks. Stanisław Fiołek przymierzał się do budowy kościoła Miłosierdzia Bożego w parafii, której proboszczem od 1984 roku jest ks. Dobosz***.

Obecny gospodarz podkreśla, że jego poprzednik nie miał łatwego zadania. Ludzi chętnych do pracy nie brakowało, ale materiały budowlane, a szczególnie cement i stal, były reglamentowane. Mimo to w grudniu 1983 r., a więc już po zniesieniu stanu wojennego, w dolnym kościele odprawiona została pierwsza msza św. Pasterce przewodniczył biskup Józef Gucwa.


Szykanowani za cement

Ograniczenia jednak nie skończyły się, kiedy ks. Dobosz był już w Dębicy.

- Cementu potrzebowaliśmy 60 ton, ogłosiłem więc pożyczkę wśród ludzi, a ci pospieszyli z pomocą - opowiada.

Robili to, choć narażali się na restrykcje. Do drzwi ich domów pukali milicjanci i straszyli, że takie postępowanie może się dla nich źle skończyć. Ale na ludziach nie
robiło to większego wrażenia i nadal dzielili się z powstającą parafią tym, czym mogli.

W pracach pomagali też działacze Solidarności. W zamian prosili o to, by ks. Dobosz odprawiał dla nich nabożeństwa. Służby bezpieczeństwa bardzo szybko się o tym
dowiedziały. Duszpasterzowi wielokrotnie dawały do zrozumienia, że powinien z tym skończyć.

- Ale myśmy nie organizowali spotkań, a tylko modlili się - stwierdza proboszcz parafii Miłosierdzia Bożego.


Mąż uciekał ze Szczecina

O tym, że Polsce może coś grozić, Zofia Mossoń przekonała się, gdy ze Szczecina, gdzie pracował, wrócił jej mąż. Z kolegami uciekali z portowego miasta do innego, by wsiąść w pociąg i dojechać jak najszybciej do rodzinnych domów.

Mimo to 13 grudnia zaskoczyła ją cisza, kiedy jak co rano włączyła radio. Gdy wyszła jak każdej niedzieli na poranną mszę, zauważyła stojących na ulicach żołnierzy. Była bardzo zaniepokojona, bo nie wiedziała, co się dzieje. Dopiero po powrocie do domu dowiedziała się, że został wprowadzony stan wojenny.

- Nawet nie chciałam zdawać sobie sprawy, co będzie, gdy w poniedziałek pójdę do pracy - mówi.


Milczący i zaskoczeni

Była nie tylko nauczycielką historii w Szkole Podstawowej w Pilźnie, ale wtedy także jej dyrektorką. Wszyscy byli jacyś milczący i widać było, że są zaskoczeni sytuacją, w jakiej się znaleźli. Nie wiedzieli, co mają robić, ale lekcje musieli prowadzić, jakby nic się nie stało.

Szybko jednak dostali informację od gminnego szefa oświaty, jak mają pracować i organizować życie szkoły. Przede wszystkim musieli zawiesić działalność wszelkich organizacji. Ten nakaz szczególnie utkwił w pamięci Zofii Mossoń, bo należała wtedy do Związku Nauczycielstwa Polskiego. Nic jednak szczególnego w tym czasie się nie wydarzyło.

- W szkole ten czas minął spokojnie. Tylko wieczorami raczej lepiej było nie wychodzić i zebrań organizować - dodaje Zofia Mossoń.


To był smutny dzień

Grudniową niedzielę, kiedy przewodniczący Rady Państwa odczytał komunikat Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego, Jan Michalak nazywa smutnym dniem. Mówi, że w jego domu rodzinnym koło Krosna, gdzie zastał go stan wojenny, zapanowało przygnębienie, lęk i obawa o dalsze losy kraju i najbliższych ludzi. Podobnie zresztą jak w innych polskich mieszkaniach.

Ale życie musiało toczyć się dalej. Właśnie w tym czasie został oddelegowany przez pracodawcę do Dębicy, która w tym trudnym dla Polski okresie przeżywała istny boom
inwestycyjny. Czas był smutny, ale spotkani tu przez niego ludzie i wspólne działania, szczególnie te artystyczne, dawały mu siłę rekompensując uciążliwości.

Cotygodniowa jazda na trasie Krosno - Dębica w tamtym czasie nie należała do łatwych i przyjemnych. W pamięć wryły mu się brak transportu, kontrole na każdym większym skrzyżowaniu i dymiące dzień i noc koksiaki, przy których służbę pełnili wcieleni przymusowo przez armię żołnierze.

- Ten trudny i ponury czas stanu wojennego powinien dzisiaj pozostać czasem wielkiej myśli i refleksji Polaków - mówi Jan Michalak.


Jak tu stanąć w kolejce?

Rankiem 13 grudnia żona Ferdynanda Bachurskiego chciała zadzwonić do koleżanki. Podniosła słuchawkę, a w niej nie usłyszała sygnału. Po którejś próbie w końcu udało się jej dodzwonić i to od niej dowiedziała się, co w niedzielny poranek się stało.

Po drodze do kościoła na skrzyżowaniu ul. Rzeszowskiej i Robotniczej natknęli się na czołg. Obok niego stali żołnierze i grzali się przy koksiakach. Ferdynand Bachurski opowiada, że dorośli byli tym widokiem przestraszeni, a dzieci podchodziły bardzo blisko, bo była to dla nich dodatkowa atrakcja.

Pracował wtedy w Urzędzie Miejskim w Dębicy, gdzie pełnił rolę zastępcy inspektora oświaty. To on informował dyrektorów szkół, w jaki sposób mają pracować.

- Pamiętam, że szkoły funkcjonowały u nas normalnie - zaznacza Ferdynand Bachurski.

Zwraca jednak uwagę na inną niedogodność, która wynikała z godziny milicyjnej. W sklepach jak zwykle brakowało towaru, a kiedy już się coś pojawiało, dostawało go tylko pierwszych kilka osób z kolejki. Żeby być wśród tych szczęśliwców, trzeba było wyjść z domu np. koło drugiej w nocy. Jeśli po drodze takiego śmiałka zauważył milicyjny patrol, na tłumaczeniu mogło się nie skończyć.


Wesele było w domu

Marii Aktyl stan wojenny będzie się zawsze kojarzył z tym, że właśnie w tym czasie wydawała córkę za mąż. Przyjęcie, które miało się odbyć w lokalu, musiało zostać przeniesione do domu. A i tu młodzi nie mogli zbyt hucznie świętować zawarcia związku małżeńskiego.

W sklepie brakowało towarów, więc trudno było zdobyć coś na stół. Żeby natomiast kupić trochę alkoholu, trzeba było pisać prośbę o zezwolenie na to do Urzędu Miejskiego. Tak samo zresztą, jak w przypadku chęci opuszczenia miasta.

- Dla mnie to były bardzo długie dwa lata, bo córka po ślubie wyjechała do Tarnobrzega, a ja nie mogłam jej odwiedzić - mówi Maria Aktyl.

Zadzwonić też było trudno, bo kiedy już udało się uzyskać połączenie, to w tle słychać było szmery. To oznaczało, że ktoś podsłuchiwał rozmowę, i nie o wszystkim można było powiedzieć.

Choć od tamtej pory minęło 35 lat, ciągle pamięta, jakie miała dreszcze, kiedy słyszała słowa: Rada Państwa wprowadziła dziś o północy stan wojenny na terytorium całego kraju.

***  Artykuł ukazał się w 50. numerze OL w 2016 roku, kiedy ks. Józef Dobosz był jeszcze proboszczem parafii Miłosierdzia Bożego w Dębicy.

Janusz Grajcar

Podziel się:

Oceń:


Komentarze (3)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.

Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu www.debica24.eu. Agencja Wydawnicza Agard z siedzibą w 39-200 Dębica, ul. Żeromskiego 10 jest administratorem twoich danych osobowych dla celów związanych z korzystaniem z serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania.
wert
wert 19.01.2020, 08:06
Jaruzelski nie bardzo ogłosił stan wojenny o godzinie 6 rano 13 grudnia. Od północy trwały aresztowania działaczy Solidarności przez SB i MO, przejęcie Telewizji i Radia przez wojsko. Programy były częściowo ograniczone i wyłączone(radio). Różnie, ale chwilowo ograniczono pracę uczelni wyższych i szkół.
Opozycjonista
Opozycjonista 13.12.2019, 19:34
Pytanie. Gdzie sa teraz owczesni funkcjonariusze MO , ZOMO. itd. Jakie maja obecnie stanowiska, emerytury,a jakie represjonowani w stanie wojennym nasi rodzice... Sprawiedliwosc jest tylko na sadzie bozym...
Piotr
Piotr 13.12.2019, 11:45
Od 13 grudnia 1981 roku do początku stycznia 1982 nie odbywały się zajęcia szkolne.

Pozostałe