Z braćmi grywał na zabawach, a z orkiestrą także na procesjach

  • 11.04.2020, 11:30 (aktualizacja 11.04.2020, 16:05)
  • Tomasz Ratuszniak
Z braćmi grywał na zabawach, a z orkiestrą także na procesjach fot. Stanisław Świerk (pierwszy z lewej) w połowie lat 80-tych, podczas jednego z występów orkiestry. Obok Kazimierz Więckiewicz, Stanisław Tokarczyk i Tadeusz Grecki.
Gdy Stanisław Świerk po raz pierwszy wziął do ręki mandolinę pewnie nawet nie zdawał sobie sprawy, że z muzyką zwiąże całe swoje życie. Że zamieni ją na trąbkę, na której przez prawie 40 lat grał będzie w zespole, że w wieku 24 lat zostanie kapelmistrzem orkiestry, która prowadził będzie przez 45 lat i że przez ponad ćwierć wieku będzie dyrektorem Państwowej Szkoły Muzycznej. Aż w końcu, ze jako jedyny w powiecie za swoje osiągnięcia zostanie uhonorowany Medalem Gloria Artis.

Choć dziś wielu mogłoby sądzić inaczej, Stanisław Świerk będąc dzieckiem nie ustawiał kolegów w rządku i nie usiłował nimi dyrygować. Nie grał też na trąbce, bo z tym instrumentem zaprzyjaźnił się dużo później. Grupą, w której stawiał pierwsze kroki, był prowadzony przez Piotra Pogorzelskiego zespół mandolinistów.
- W piątej klasie zacząłem grać na tym instrumencie, a w siódmej przesiadłem się na skrzypce – mówi Stanisław Świerk.
Z trąbką zetknął się dopiero w Technikum Mechanicznym. Gry na tym instrumencie uczył go Stanisław Pierzchała, szef działającej tam orkiestry dętej.
- W 1965 roku zdałem w Średniej Szkole Muzycznej w Rzeszowie egzamin na trąbkę, a w 1967, kiedy pan Pierzchała zachorował, objąłem po nim orkiestrę – kontynuuje.

Grał na weselach i zabawach
Zanim jednak przejdziemy do tej części działalności Stanisława Świerka warto zatrzymać się na chwilę przy zespole, do którego w tamtych latach wciągnął go brat.
- Graliśmy takim rodzinnym zespołem: mój brat na saksofonie, ja na trąbce, Tadeusz Żyrkowski, na akordeonie i fortepianie oraz Michał Świerk, mój wujek, na perkusji. A później dołączył jeszcze młodszy brat na saksofonie, solistka Irena Świerk i inni – wymienia.
Grupa, nazywana później przez lata Zespołem Świerków, nie narzekała na brak okazji do grania. Cztery razy w tygodniu w kasynie wojskowym na terenie jednostki (w miejscu, gdzie dziś mieści się restauracja Dworek Dębicki) organizowane były otwarte zabawy dla mieszkańców. Festyny odbywały się również nad Wisłoką oraz w wielu innych częściach miasta.
- I ludzie przychodzili, bawili się, tańczyli czasem do pierwszej w nocy. Ale graliśmy i na weselach, i multum ludzi tutaj, że tak powiem, pożeniliśmy – śmieje się były już dziś dyrektor szkoły muzycznej.
Grupa cieszyła się dużym wzięciem z uwagi na szeroki repertuar. Prócz popularnych utworów grała walce, tanga, samby, rumby i fokstroty.
- Pamiętam jak do kasyna przyjechali wojskowi Marynarki Wojennej i zażyczyli sobie Czerwone maki. I wszyscy stali, a myśmy grali te Czerwone maki. Trzeba było umieć wszystko grać, czy to było jakieś tango przedwojenne, czy tango milonga – twierdzi.
Kiedy popularność zdobyły Czerwone Gitary, grali Czerwone Gitary. Ale też Rodowicz, Wodeckiego, Santor i Krawczyka.
Zespół, w różnych składach, działał przez prawie 40 lat. Ostatnie wesele dyrektor zagrał w 2005 roku. I jak twierdzi, nigdy się tego nie wstydził.
- Bo jak się dobrze wykonuje swoją pracę, to się nie ma czego wstydzić - mówi zadowolony.

Z Mechanika do Stomilu
Ale wróćmy jeszcze do lat 60-tych i do Orkiestry Dętej Technikum Mechanicznego. Stanisław Świerk prowadził ją przez trzy lata, grając jednocześnie w Zakładowej Orkiestrze Dętej Stomilu, do której wstąpił, by uczyć się od bardziej doświadczonych muzyków.
Choć dużo młodszy od wielu z nich, szybko się zaklimatyzował, o czym świadczy fakt, że już w 1970 roku zaproponowano mu prowadzenie orkiestry. Miał zastąpić dotychczasowego kapelmistrza Mieczysława Poprawę, który do Dębicy dojeżdżał z Krakowa, gdzie prowadził też Orkiestrę Kolejarzy.
- Miałem troszeczkę obawy, bo byłem chyba najmłodszym kapelmistrzem. Trzon orkiestry stanowili muzycy z 5 Pułku Strzelców Konnych, muzycy ze Lwowa, z Wilna, z orkiestr wojskowych, strażackich i orkiestry pocztowej – tłumaczy Świerk, który był już wtedy absolwentem Średniej Szkoły Muzycznej.
Ale muzycy szybko zauważyli, że ich młodszy kolega bardzo stara się, by sprostać zadaniu. Wtedy też zaczęły się dobre czasy dla orkiestry. Wyjazdy na konkursy, pierwsze wygrane i pochwały, m.in. z ust wybitnego krytyka muzycznego Jerzego Waldorffa.
Grali wszędzie, gdzie tylko chciano ich zapraszać. Na miejskich uroczystościach w kościołach, a nawet na pogrzebach.

Żegnali ks. Limanówkę
- Wtedy pogrzeby były chodzone. To znaczy albo z domu wyprowadzenie było, albo z kaplicy. Tak, że kondukt szedł przez całe miasto na cmentarz, a orkiestra asystowała - twierdzi muzyk.
Tradycja ta upadła kiedy na cmentarzu komunalnym wybudowana została kaplica i w niej odbywały się uroczystości pogrzebowe.
Ostatnim pogrzebem, w którym orkiestra prowadziła kondukt przez miasto było pożegnanie ks. prałata Edwarda Limanówki w 1988 roku.

Grali pod trybuną
Ale trudno nie wspomnieć również o roli, jaką pełniła orkiestra podczas pochodów 1-majowych. Wtedy muzycy nie tylko prowadzili pochód spod Stomilu, ale i grali na Rynku, tuż obok trybuny honorowej.
Chwilę oddechu mieli tylko wtedy, gdy konferansjer stojący na jednym z balkonów zapowiadał kolejną grupę podchodzącą pod trybunę. Poza tym muzycy grali cały czas, bywało, że i ponad dwie godziny. Marsze, krakowiaka, Warszawiankę, choć jak wspomina Stanisław Świerk, ta ostatnia pod koniec ubiegłego systemu była coraz mniej mile widziana.
- Graliśmy 1 maja, ale nie opuściliśmy też rezurekcji, czy Bożego Ciała – wspomina.

Najpierw wokół kościoła
A pierwsze procesje, w których uczestniczyli z orkiestrą nie wyglądały tak jak dziś. Przez kilka lat wierni mogli chodzić tylko wokół kościoła św. Jadwigi. Następnie władze zezwoliły na przejście ul. Grottgera i powrót ul. Cichą. Później te granice jeszcze się przesuwały, ale dopiero pod koniec lat osiemdziesiątych, gdy system chylił się ku upadkowi, procesja po raz pierwszy przeszła wokół Rynku.

Placek nie chciał innej orkiestry
Kolejną okazją, by usłyszeć muzyków pod wodzą Stanisława Świerka, były przysięgi wojskowe, organizowane na stadionie Igloopolu.
- Zanim w naszej jednostce nastał płk Bogusław Placek to graliśmy chyba tylko jedną lub dwie przysięgi. Ale jak on nas usłyszał, to już nie chciał więcej orkiestry wojskowej – uśmiecha się kapelmistrz.
Grali więc z jednostką aż do ostatniej przysięgi. Zagrali też żołnierzom na pożegnanie, gdy płk Placek odczytał rozkaz o rozformowaniu dębickiej jednostki.

Z Małopolską zjeździł Europę
Wróćmy do 1970 roku, kiedy Stanisław Świerk został zatrudniony w Zakładowym Domu Kultury, jako instruktor muzyczny. Prowadził też kapelę Zespołu Pieśni i Tańca Stomilanie, który później zmienił nazwę na Małopolska.
- Zespół założyła Joanna Biedrzycka, a ja założyłem kapelę i ściągnąłem pana Szabata, który ją prowadził – wspomina Stanisław Świerk, który ostatecznie otrzymał funkcję kierownika zespołu. Z grupą zjeździł całą Europę.
– A w tamtych trudnych czasach zdobyć wizy niemieckie, tureckie czy fińskie, to był cud – mówi.

Zastąpił Ludwika Tyrpina
Z pracy w Domu Kultury zrezygnował w 1989 roku, gdy zaproponowano mu, by przejął po odchodzącym na emeryturę Ludwiku Tyrpinie stanowisko dyrektora Państwowej Szkoły Muzycznej.
Ze szkołą był związany zresztą już od kilku lat, bo na pół etatu uczył w niej gry na trąbce.
- Byłem tu jednym z pierwszych nauczycieli – podkreśla.
Wtedy jeszcze mógł sobie pozwolić, by łączyć etat w domu kultury z pracą w szkole muzycznej. Gdy jednak został jej szefem, musiał zrezygnować
i z pracy, i z Małopolski. Szczególnie że, aby uzupełnić wykształcenie, podjął studia na Akademii Muzycznej w Krakowie na wydziale instrumentalnym.
- Ukończyłem je z wynikiem bardzo dobrym, a dyplom mi podpisywał pan profesor Penderecki – wspomina.
Gdy przejmował szkołę uczyło się w niej 170 uczniów. Później było ich nawet 300. Nie licząc Szkoły Muzycznej II stopnia, którą utworzył, by młodzież nie musiała dojeżdżać do Rzeszowa czy Krakowa.
Cały czas też rozbudowywał siedzibę szkoły. W 1991 roku udało mu się przejąć pomieszczenia po Biurze Wystaw Artystycznych, w 2003 r. zaadaptować na sale lekcyjne pomieszczenia kotłowni, a jeszcze później zająć byłą siedzibę biblioteki. Doprowadził też do rozbudowy sali koncertowej. To dzięki niemu Państwowa Szkoła Muzyczna I stopnia zyskała imię Krzysztofa Pendereckiego.
Nim w 2017 roku przeszedł na emeryturę doprowadził do otwarcia Państwowej Szkoły Muzycznej II stopnia. W związku z tym dwa lata później wygasił działalność Niepublicznej Szkoły Muzycznej II stopnia, której również był dyrektorem. Do tej pory jednak, już od ponad 50 lat, pełni funkcję kapelmistrza Miejskiej Orkiestry Dętej w Dębicy.
- Chciałbym już komuś przekazać orkiestrę, ale nie ma chętnych. To na razie ją ciągnę - kończy z uśmiechem.

Tomasz Ratuszniak

Podziel się:

Oceń:


Komentarze (1)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.

Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu www.debica24.eu. Agencja Wydawnicza Agard z siedzibą w 39-200 Dębica, ul. Żeromskiego 10 jest administratorem twoich danych osobowych dla celów związanych z korzystaniem z serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania.
mieszkaniec
mieszkaniec 12.04.2020, 22:43
Gratulacje i dziękuję za to że mogę przez tyle lat słuchać dobrej muzyki wychodzącej z pod Twojej batuty i życzę dużo zdrowia.

Pozostałe