Mieszkanka Kielc szuka w naszym powiecie rodziny dziadka

  • 23.12.2020, 19:33 (aktualizacja 23.12.2020, 20:09)
  • Janusz Grajcar
Mieszkanka Kielc szuka w naszym powiecie rodziny dziadka Paulina Głowacka (po lewej) szuka rodziny dziadka Macieja Potoka (w środku z żoną Władysławą), którego mamą była Julia Potok (po prawej).
Kim był ojciec Macieja Potoka? – to pytanie od wielu lat zadaje Paulina Głowacka. Na razie bez skutku.

Ma 32 lata, mieszka z mężem i dwójką dzieci w Kielcach. Od 2016 r. szuka informacji o rodzinie prababci Julii Potok i dziadka Macieja Edwarda Potoka (Edka), który urodził się w Siedliskach Bogusz 17 maja 1925 r.


Ślady prowadzą do gminy Brzostek

Dzięki dzisiejszej technologii, mediom społecznościowym, jej poszukiwania już przyniosły częściowy sukces. W ciągu czterech lat udało jej się dowiedzieć dość dużo. Odnalazła rodzinę od strony mamy Macieja Potoka. Ma ciocie, babcie cioteczne i stryjecznych wujków. Dziś może już poznawać ich historie.

Ale gdzieś w głębi serca czuje się nadal wybrakowana, niepełna, nieusatysfakcjonowana. Tego, na czym równie mocno jej zależało, nadal nie wie. Ta pustka nie daje jej spokojnie funkcjonować.

- Mój dziadziuś mało mówił o swojej przeszłości, a ja chcę wiedzieć o nim wszystko. Nie tylko to, co dane mi było się dowiedzieć w trakcie jego życia. Byłego tego niewiele, dlatego doszłam do wniosku, że muszę odnaleźć jego rodzinę - tłumaczy Paulina Głowacka.

Pisała wszędzie, do muzeum narodowego, do oddziałów muzeów państwowych w Nowym Sączu, Krakowie i Tarnowie, do PCK, parafii w pobliżu miejsca jego urodzenia. Od żyjących krewnych i z aktu urodzenia (tu w rubryce dane ojca widniej wpis „ojciec nieznany”), dowiedziała się, że nazwisko Potok, było panieńskim jego mamy Julii. Jej prababcia pochodziła spod Nowego Sącza, Maciej i jego jedyny brat Alfred (prawdopodobnie rok starszy) urodzili się w Siedliskach Bogusz. Dlatego podejrzewa, że z tych okolic pochodził jej pradziadek.

- Niestety, to jedyne informacje, które posiadam. Nie znam nazwiska, nic na ten temat nikomu nie wiadomo – wzdycha kobieta.

Wie, że po wojnie ojciec starał się odszukać syna Macieja, ale prababcia powiedziała mu, że nie żyje. 

- Nie wiem dlaczego, nie wnikam, czasem życie układa się tak a nie inaczej, i do końca będzie przed nami chować tajemnice – mówi Paulina Głowacka.
 

Bajkowe wspomnienia z Bieszczadów

Być może jej pradziadek wyjechał po wojnie do Argentyny. To jedyna informacja, jaką usłyszała od dziadka na temat jego ojca. Ale mógł w ten sposób tylko tłumaczyć sobie tę historię, żeby ukryć ból spowodowany tym, że nigdy go nie poznał. Maciej Potok, który kilka lat wcześniej wrócił z obozu koncentracyjnego, mieszkał wtedy w Ustrzykach Dolnych.

- To nie był zwykły człowiek... A na pewno nie dla mnie. Jego historia mogłaby być scenariuszem niejednego filmu, i wierzcie mi, byłby to hit wszechczasów – przekonuje wnuczka.

Kilka lat po wojnie zamieszkał w Bieszczadach w małym domku w dolinie na skraju miasta. Obok były las, strumień i rzeka. Pod jego okna podchodziły sarny. Wieczorami słychać było wycie watah wilków.

Pamięta niemal każdą spędzoną z dziadkiem sekundę. A bywała u niego z rodzeństwem bardzo często. W każde wakacje, ferie i niejedne święta. Wspomina je jako najlepsze momenty życia. Coś czego w dzisiejszych czasach nie będzie miało już żadne dziecko. Te dni wyglądały wręcz bajkowo.

Wyprowadzała z nim kozy na pastwisko i chodziła je doić. Dziadek lał potem wnukom ciepłe mleko do szklanek. Zabierał ich na przejażdżki konnym wozem po brzegi wyładowanym koniczyną lub sianem. Jego zapach mieszał się ze smakiem truskawek prosto z pola. Jeszcze dziś mogłaby pokazać, gdzie rosły rzodkiewki, rabarbar czy maliny.

- A w tym wszystkim, On... Najlepszy dziadziuś świata. Niski, pełen dobra, ciepła, najpracowitszy na świecie. Przez całe dzieciństwo byłam pewna, że moi dziadkowie, to Anioły zesłane na ziemię. Dziś jako dorosła kobieta, jestem już tego pewna – opowiada.
 

Wstawać, idziemy łapać świetliki

W ich domu unosił się zapach drożdżowego chleba. Dziadek nacierał wnukom skórkę od chleba w czosnku moczonym w soli. Paulina Głowacka nie wie, czy ktoś kiedyś jadł coś takiego, ale wtedy smakowało to jak najlepsze danie z kuchni Magdy Gessler.

- Ogórki kiszone, którymi zajadaliśmy się ja, moja siostra, brat i rodzeństwo cioteczne, prawie wszystko mieliśmy na miejscu. Rosół z kury dzień wcześniej biegającej na podwórku, ze swoją marchewką, pietruszką, lubczykiem. Dżemy, masło, mleko, chleb. Czułam się jak najbogatszy człowiek świata – stwierdza obecna mieszkanka Kielc.

W letnie noce słuchali, jak za oknem swoje melodie wygrywają świerszcze. Słychać też było płynącą obok domu rzekę, a przy nie śpiewały żaby. Czuli się jak w filharmonii.

- Śpimy pod pierzynami, gdy nagle dziadziuś budzi nas pojedynczo. W samych piżamach, na boso kazał nam iść za dom na łąkę. Szliśmy po rosie, noc była ciepła, jasna, piękna. Na łące za domkiem daje nam przyszykowane wcześniej słoiki, które w denkach mają zrobione gwoździem dziurki. Co robimy? Lampki nocne. Łapaliśmy świetliki, które później w słoikach świeciły przy naszych łóżkach, żebyśmy nie musieli bać się ciemności – tego Paulina Głowacka nie zapomni nigdy.

Jesienią zabierał ich na kilometrowe spacery. A kiedy bolały ich nogi, nosił na zmianę, żeby im ulżyć. Zimą, kiedy śniegu było po czubek głowy, a mrozy ogromne z uśmiechem na twarzy lepił z nimi bałwana giganta, albo zjeżdżał z góry na workach jutowych wypchanych sianem i nasmarowanych woskiem. A wszyscy byli mega zadowoleni. Wiosną na rowerze składaku, na desce pomiędzy kierownicą i siodełkiem zabierał czwórkę wnucząt po chleb do sklepu. To był dopiero wyczyn.

Mój dziadziuś by tego chciał

- Pamiętam jego łaskotki, i to, jak starałam się nie zaśmiać, udając że nadal śpię. Ba, raz nawet mi się udało wygrać. Pamiętam zabawy w "dinozarła" i bieganie starszego Pana udającego najgroźniejszego tyranozaura po podwórku za wnukami. Ogniska na środku podwórka po północy, bo przecież się wnukom nudzi – dodaje.

Dziś jako dorosła kobieta, mama dwóch chłopaków mieszkająca w centrum dużego miasta, bierze do ręki kosę, którą wcześniej sama naostrzy, i kosi całe podwórko. Potrafi wydoić kozę i krowę, mimo że na co dzień tego nie robi. Uprawia warzywa, w kwietniu zbiera sosnę w lesie i robi syrop dla dzieci. Tego nauczyła się od dziadka i babci. Śmieje się, że jeszcze tylko nie hoduje, tak jak oni baranów, ale może kiedyś…

- Dziadziuś wniósł w moje życie tak wiele dobra, sam nie zaznając go prawie wcale. Po jego śmierci, część mnie umarła razem z nim – podkreśla.

Człowiek, który przeżył niemiecki obóz koncentracyjny, przymusowe prace w Trzeciej Rzeszy, który zaczynał od zera, własnoręcznie budując swój dom, ten ciepły, pełen dobra, potrafił dawać z siebie więcej jak sto procent, nie oczekując nic w zamian. Dlatego, do wszystkich, którzy mogą jej w jakikolwiek sposób pomóc w dotarciu do prawdy Paulina Głowacka ma wielką prośbę.

- Proszę Was kochani, może ktoś wie, może czyjaś babcia pamięta historię wielkiej miłości z okolic Siedlisk? Miłości, z której zrodziło się dwóch chłopców... Miłości, w której żadne z dzieci jednak nie otrzymało nazwiska swojego taty? Nikt w mojej rodzinie nie zna tej tajemnicy. Ale może kiedyś będzie mi dane poznać ją osobiście? Mój dziadziuś by tego chciał.

Na ważne dla siebie informacje czeka pod nr. tel. 796 084 871.

Czytaj też: W Zagórzu będą aż trzy pasterki. A w Twojej parafii?

Janusz Grajcar

Podziel się:

Oceń:


Komentarze (0)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.

Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu www.debica24.eu. Agencja Wydawnicza Agard z siedzibą w 39-200 Dębica, ul. Żeromskiego 10 jest administratorem twoich danych osobowych dla celów związanych z korzystaniem z serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania.

Pozostałe